Prawda w końcu wyszła na jaw

Cześć wszystkim. Pisałam post o tym, że mam nowotwór i nie powiedziałam o tym mężowi. Chciałabym wam wszystkim podziękować za wsparcie i namowę by powiedzieć mu prawdę. Naprawdę myślałam, że będą same hejty, a okazało się, że obcy ludzie potrafią okazać więcej uczuć niż bliscy. Dziękuję tym którzy oferowali pomoc przy dzieciach. Dziękuję za słowa otuchy, za dodanie mi sił by walczyć dla dzieci. Bo tak…dzieci to moje całe życie …Moje najdroższe skarby.

Ktoś napisał, że mam wziąć się w garść i przestać użalać nad sobą. Ale jak??? Mam sobie powiedzieć, że nic się nie stało, że już nadchodzi pora na mnie? Każdy na moim miejscu po takiej diagnozie by się załamał. Najbardziej boli mnie to, że dzieci są jeszcze takie małe. To jest najgorszy ból.

Kochani, powiedziałam o tym siostrze. Tak samo jak od was, dostałam od niej milion wiadomości by powiedzieć mężowi albo ona zrobi to za mnie. Co chwila pisała czy już powiedziałam… Chciałam mu powiedzieć jak wróci z pracy, byłam już gotowa, ale zanim wrócił to dzieci poszły spać i ja też zasnęłam. A mój telefon niby co chwila wibrował.

I stało się – mąż przeczytał wszystkie wiadomości. Obudził mnie i zapytał czy to prawda co pisałam siostrze. Pokazałam wyniki i zapytałam czy teraz mi wierzy. Przeglądał je chyba z pół godziny, non stop czytał to samo, przeglądał coś w necie, znowu czytał… Wstawił wodę na kawę nie mówiąc ani słowa. Nie patrzył na mnie, tak jakby unikał wzroku. Pomyślałam, że ma to w duxxe..Ta cisza trwała z 10 minut, może 15.

Usiadł przy stole i zauważyłam, że ma łzy w oczach choć próbował cały czas wpatrywać się w kubek z kawą. Ja to widziałam. Po chwili powiedział, że może lekarz się pomylił, bo jak to tak, że to niemożliwe, że w rodzinie nie było nowotworów, że nie ja, bo mnie potrzebują dzieci, że on mnie potrzebuje, bo że czasem jestem wredna i nie do wytrzymania, że mam fochy i że spaliłam żelazkiem jego ulubioną koszulę to mnie kocha choć nie zawsze to okazywał i że razem damy radę, że mam się leczyć i obiecać, że nigdy się nie poddam choć będzie ciężko jak nigdy dotąd nie było .

Płakaliśmy oboje. Nie spodziewałam się takiej reakcji z jego strony. Nigdy przez tyle lat tak się nie otworzył, zawsze skrywał wszystko w sobie. Pół nocy rozmawialiśmy, długo. Rano wstałam i zauważyłam, że nie poszedł do pracy, myślałam że zaspał. A on siedział przy telefonie i umawiał mi leczenie. Może i pomyliłam się co do niego, jego reakcje wyobrażałam sobie w czarnych kolorach.

Mówi, że zauważył, że inaczej wyglądam ale nic nie mówił bo nie chciał usłyszeć tekstu typu „Już ci się nie podobam? brzydka jestem? masz inną?”. A moich podejrzeń o chorobie nie brał na poważnie bo chciał bym była zdrowa, że to nie do przyjęcia…

No ale musimy się z tym zmierzyć. Chcę wierzyć, że dam radę i będę walczyć. Tylko czy on się nie podda widząc jaka jest długa droga przede mną? Czy się nie podda widząc jak wyglądam po chemioterapii? Mam nadzieję że nie…

Może ci się spodobać również:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.