Poświęciłam dla niego wszystko – zostałam z kredytem i depresją

Czy ktoś ma jakiś pomysł może na moją sytuację? Mam 28 lat i jestem w życiowym bagnie. Dwa lata temu poznałam „miłość swojego życia”. Uważałam wtedy, że to w miarę dojrzała relacja i że ja też jestem w sumie na taką gotowa (tylko długie relacje mnie interesowały).

W życiu lekko nie miałam ale zawsze uważałam to za plus a nie minus. Nie chcę za dużo pisać o sobie jak było ciężko i jak wiele (przynajmniej tak mi się wydaje, że wiele) osiągnęłam. Ogólnie to od dzieciaka ze względu na biedę w rodzinę wszyscy mnie spisywali na straty. Byłam tylko ja i mama. Po studiach zasiadałam na naprawdę dobrym stanowisku i byłam w stanie utrzymać siebie, mamę (mama schorowana, wiekowa i 700 emerytury) i mieszkanie. Pracowałam od 16 roku życia, udzielałam się w organizacjach pozarządowych, zawsze wierzyłam, że nie ma drogi bez wyjścia.

No ale wróćmy do tej miłości. Okazało się po pewnym czasie, że mój dalej prowadzi firmę bez zarabiania – powinien ja zamknąć jak najszybciej. Ale nie chciał. Więc przez pół roku utrzymywałam nas ja – siebie, wynajmowane mieszkanie, mieszkanie mamy (powiedzmy, że moje bo je na mnie przepisała ale wiadomo, ona tam mieszka i będę jej pomagać ile tylko dam rade), kota i partnera.

No nie było lekko, więc po pracy w biurze jeszcze biegałam robić nocki jako kelnerka (a myślicie, że co mój facet wtedy robił? Nic – grał na konsoli i ubolewał nad swoim losem). Byłam zmęczona więc stwierdziłam, że wezmę kredyt (30 tysięcy) i że dam radę, bo ja zawsze sobie daje rade a przecież nie będzie tak źle w nieskończoność (oczywiście mamie nie mówiłam bo by zawału dostała).

Firma faceta w końcu padła i poszedł do normalnej pracy, ale niefortunnie moja też padła (jak zaczęła się pandemia). Pieniądze szybko się rozeszły na życie (pamiętajcie, że mowa o 3 osobach). Rodzice faceta wiedzieli o kredycie ale sobie woleli nowy samochód kupić, który i tak stoi w garażu. Nadal wiedzą ale mają to w dupie. Przewaliłam się przez rynek pracy z lepszym i gorszym skutkiem (jeszcze nie mam swojego miejsca na ziemi, coś tam dorywczo robię ale już bez sil).

W międzyczasie mój facet znalazł sobie turbo pracę, zrobił prawko – a ja w lesie. Już wiele razy (tez przez jego nieumiejętności w życie) było źle, przez co przestałam pomagać mamie (płacić rachunki dawać jej na leki). Wyglądam źle – oprócz tego dołka to wiadomo dziewczyna bez kasy – staram się jak mogę żeby udawać przed znajomymi, że jest ok i sobie radzę ale niestety.

Mój facet od roku mi dowala – że jestem niezadbana, że sobie nie radzę. Mama się już do mnie nie odzywa, a mi jest aż przykro, bo ona nie wyobraża sobie jak jest mi wstyd i głupio i że kocham ja nad życie i oddałabym jej wszystko. Przypominam, że ona nic nie wie o kredycie i moich perturbacjach zawodowych i związkowych. Myśli, że zostawiłam ja sama sobie dla faceta.

Mówcie co chcecie, wieszajcie na mnie psy że jestem idiotka. Dobra jestem. Lekcje odbyłam. Chcę go zostawić a nie mogę – ani nie mam kasy, mam jakiś taki żal do siebie i strach. Nie mam innej najbliższej rodziny żeby mi pomogła. Nie chce ogłosić upadłości konsumenckiej bo te mieszkanie co mama w nim mieszka jest własnościowe na mnie i liczę się z tym, że bank by mi to odebrał a te trochę ponad 40 metrów kwadratowych to wszystko co mam. Więc no. Jest lipa. Oddałam gościowi serce a mam na sobie kredyt, spieprzone relacje z ukochana mama, brak perspektywy i chaos w głowie. No wiadomo mogę iść do psychologa, ale ja doskonale wiem co mam zrobić – walczyć. Tylko jak?

Boję się opowiedzieć to historie znajomym bo są spoko ustawieni i uznają mnie za idiotkę i niekompetentną życiowo osobę. Nie mam zamiaru też zakładać patusiarskich zrzutek i w sumie no wiem, że to nie koniec świata, bo ludzie bardziej cierpią na tym świecie. Wiem, że dobrze, że mam zdrowie fizycznie i powinnam być wdzięczna, ale nie mam już psychicznego. Daje dupy coraz bardziej bo mój odpowiedzialny mózg obwinia mnie ciągle za ten idiotyzm, odpowiedzialność, generuje strach. Nie daje rady już walczyć, czuje jakbym dusiła się pod ścianą.

Mam też dosyć mówienia wszystkim, że jest ok, no ale co mi obcy ludzie na to poradzą? Nic mają swoje życia i też nie lekkie zapewne. Wiecie co nie wiem. Chce się uwolnić już od tego gościa, naprawić relacje z mamą i przestać od 2 lat codziennie martwić o głupie jedzenie. Co ja mam zrobić? Kurde nigdy nie miałam wymagań od życia – chciałam mieć tylko mały kąt, kochająca się rodzinę a póki co mogę tylko patrzeć na znajomych. Myślałam, że w tym wieku założę rodzinę a tutaj czeka mnie minimum 5 lat walki z kredytem, niemożność wyrwania się od tego człowieka, strach przed utratą statusu osoby kompetentnej i zaradnej i możliwe, że źle relacje z ukochana mama (a niewiele jej tego życia zostało).

Powiedzcie mi dlaczego dobro, które staram się codziennie dawać dla świata do mnie nie wraca? Co robię źle? Skąd mój ambitny i niegłupi rozum dal się wmanewrować w taką farsę? Co mam robić dalej? Przepraszam za chaotyczne pisanie – nie mam nawet siły inaczej. Wieszajcie psy, mówcie co chcecie. Naprawdę rozumiem co zrobiłam źle ale pomimo odrobionej lekcji mleko się rozlało, a ten zapał i miłość do świata i wewnętrzna siła co mnie pchała przez lata – przepadła bez końca.

Może ci się spodobać również:
2 Komentarze
  1. Iza pisze:

    Myslie ze to czas żeby powiedzieć mamie co się dzieje…wiem ze chciałaś ja chronić przed tym wszystkim, juz tyle czasu ja chronilas ale teraz to ty potrzebujesz jej wsparcia. To jest twoja mama, zrozumie Cie bo Cie kocha.
    Z facetem wiesz co masz zrobić tylko widać potrzebujesz jeszcze trochę czasu…
    Jestes mloda ładna i zdrowa, wszystko się jakoś ułoży. Masz więcej siły niz Ci się wydaje
    Pozdrawiam

  2. Anonim pisze:

    Kochana jakbym siebie widziala jakis czas temu…Tak jestes dobra , ale po pierwsze masz być dobra dla siebie a później cala reszta świata. A partner …korzysta z ciebie kiedy potrzebuje. Motywuj siebie , są różne rzeczy do słuchania na yt- afirmacje, medytacje, bo jak na razie mysle ze nie stać cie na psychologa. Jak bylas na szczycie to tam wrocisz! I to w jeszcze lepszej formie. Jak kiedyś bylam w kryzysie takim że wydawało się mi ze skończyło się moje życie, pewna aptekarka zapytała mnie czy mam jakąś ciężka chorobę. Mówię że nie. A ona mi na to że w takim razie to nie jest żaden problem i dam sobie z tym radę i za rok będę się z tego śmiać jeszcze. I miała rację! Cudu nie było, ale ciezka praca nad sama sobą. A poza tym nie wtydz się tego co się stało, to wina też twojego partnera. On się powinien wstydzić i teraz wyciągnąć cie z kłopotów. Mów o tym! Zacznij od niego i powiedz mamie!

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.