O tym, jak zostałam mistrzynią zdrowych relacji

Hej… tej nocy poziom mojej desperacji sięgnął właśnie zenitu… więc piszę tutaj, mam nadzieję, że ku radości tłumu.
Zakochałam się w najlepszym przyjacielu, który właśnie odkrył, że jest biseksualistą i zaczyna relację ze swoim dobrym kolegą.

Brzmi ciekawie? To nie koniec! On jest w szkole średniej, ja zaczęłam studia, dzielą nas ponad 4 lata… więc aktualnie nasza relacja i tak nie miałaby najmniejszej szansy bytu (patrzcie jak dojrzale, jestem świadoma, że to zły pomysł umówić się z 17 latkiem będąc studentką 😂). Można więc powiedzieć, że raczej powinnam siedzieć cicho i zepchnąć to jakoś do podświadomości, w końcu to pewnie nic więcej ponad chwilowe zauroczenie, które minie szybciej niż się pojawiło.

Też tak myślałam, ale trwam w tym zawieszeniu już ponad rok i nie kłamiąc jest coraz gorzej. Gdy się zaczęło miałam chłopaka. Natomiast ze Strzelcem (jakoś go muszę nazwać) przyjaźniliśmy się już dużo wcześniej. Działamy w tej samej grupie, siłą rzeczy nasza relacja się pojawiła. On jest dużo dojrzalszy niż rówieśnicy, empatyczny i wszyscy go lubią. Potrafi rozśmieszyć mnie jednym zdaniem chociażbym miała najpodlejszy nastrój. Było normalnie.

Od początku trwania pandemii sprawy przyspieszyły i jakby nabrały intensywności. Rozmawialiśmy i pisaliśmy codziennie. O wszystkim. Nie ma drugiej osoby na świecie, która wie o mnie tyle co on. Myślę, że z jego strony wygląda to przynajmniej podobnie. Wiem, że jestem dla niego ogromnie ważna, co w jakiś sposób mnie uszczęśliwia. Jak łatwo się domyślić zerwałam z chłopakiem. Ze Strzelcem byliśmy takim duetem, co to nigdy nie miał siebie dość (mogliśmy rozmawiać po 6 godzin, zasypiać na linii, wstawać i widzieć się za kilka kolejnych robiąc coś razem, a potem wracać i rozmawiać i tak w ciągu tygodniami) i który zrobiłby dla siebie ogromnie dużo.

No i niestety zawaliłam, zakochałam się, na zabój i okropnie. Nie przesadzam (w sumie to chciałabym przesadzać) ale kocham w nim niemal wszystko. Widzę jego wady, ale akceptuje, że je ma. To nie wpływa na moje uczucia. Chyba, że je pogłębia, bo przynajmniej widzę, że go nie idealizuję a dalej czuję to, co czuję.

Nie chciałam się do tego przyznać. Naprawdę liczyłam, że mi przejdzie. Gadałam z nim o uczuciach i dziewczynach, popychałam w inne relacje. Natomiast, gdy pewnego dnia zdołowana kupowałam mu wino na randkę, na którą go odwiozłam i na którą kazałam mu iść, by było łatwiej… stwierdziłam, że faktycznie jestem lekko nienormalna (użyłabym innego słowa, ale nie wiem jak tu działa cenzura).

To już było za dużo, po wieczorze depresji stwierdziłam, że tak nie może być. Więc się przełamałam i powiedziałam, co czuję. Nic nie odpowiedział na to, a i ja właściwie tego się spodziewałam więc stwierdziłam, że potrzebujemy przerwy. Zaakceptował to i nie próbował mnie zatrzymać. Zapadły okropne dni milczenia w których wyrzucałam sobie moje lekkomyślne zachowanie i nienawidziłam tego, co zrobiłam.

Wino, Tinder, wyjścia z przyjaciółkami, wszystko tylko nie on. Tydzień ciszy, tyle wytrzymaliśmy. Żałosne osiągniecie. I znowu zaczęliśmy rozmawiać, jakby nigdy nic. Powiedziałam, żeby zapomniał o moich słowach. Chyba mu to odpowiadało. I mimo mojego załamania, że wszystko zepsułam, o dziwo było normalnie, a nawet lepiej niż początkowo. Czułam się lżej, byłam szczera. Szkoda, że nie powiedział wprost co o tym myśli, ale to tez było jaką odpowiedzią. Miałam nadal nadzieje, ale myślałam że będzie łatwiej. Byliśmy coraz bliżej. Tego się nie spodziewałam. Potrafił mi mówić, że jestem najważniejsza osoba w jego życiu, że z nikim mu się tak nie rozmawia, że tylko przy mnie czuje się w 100% komfortowo i w 100% sobą.

Ale dalej byłam tylko przyjaciółką. Nic tego nie zmieniło, karty tarota (😅autentycznie ale proszę o dystans, to już desperackie posunięcia) moje próby zepchnięcia rozmowy na ten tor, godziny wspólnych filmów i spotkań. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie życia bez niego. Trochę patetycznie ale mówię poważnie. Za bardzo się ze sobą związaliśmy żeby teraz nas dla siebie nie było. Ale czas mija, nic się nie zmienia dla mnie, no może to że ma nowych przyjaciół i odrobine mniej czasu.

Właśnie… Ci super nowocześni przyjaciele, wiem że to głupie. Ale jestem zazdrosna. Nie lubię ich, bo wchodzą na poziom, który był mój. Tylko my się tak dobrze dogadywaliśmy i nie chce się tym dzielić. Jestem dzieciakiem. Pewnie większym niż on. Ale tak się właśnie czuje, jakby mogli mi go zabrać. Nadal niby rozmawiamy codziennie i nadal chyba jestem w czołówce jego relacji. Tylko, że on się zakochał, pierwszy raz nie w dziewczynie no i nie we mnie.

Trudno mi go wspierać. Nigdy nic mnie tak nie bolało. Potrafię leżeć na łóżku i czuć fizyczny ból. Myślę o nim cały czas i mam wrażenie jakby życie nie miało sensu. Ja wiem jak to musi żałośnie brzmieć i aż mi wstyd, że piszę takie słowa ale skala tego doznania jest szokująca. Czuję się lepiej tylko, gdy go słyszę. Nie sądziłam, że tak się da! Nie mogę się produktywnie uczyć do sesji, nie mam ochoty wchodzić w nowe relacje, nie mam ochoty oglądać Netflixa …

Czy jest inna droga niż zerwanie kontaktu, by znów żyć normalnie? Nie dam rady tego zrobić, bo chyba wolę patrzyć na niego w innych związkach niż nie mieć go wcale (tylko nie uznajcie, że mam obsesję, bo to by było smutne). Także tak. Gdy myślicie, że jest źle w waszych platonicznych relacjach. Zawsze możecie kupować białe słodkie wino, bo ona takie lubi najbardziej na randkę waszego najlepszego przyjaciela, który w krótkim czasie stwierdzi, że jest bi i zakocha w innym swoim przyjacielu. I możecie zaprzątać sobie nim głowę w najlepszych studenckich latach, jak ja! Jeśli potrzebujecie więcej wskazówek jak zostać kobietami sukcesu i zdrowych relacji… proszę tylko o znak, może wydam książkę.

Może ci się spodobać również:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.