[advanced_iframe use_shortcode_attributes_only="true" src="https://golead.pl/p/Wiml/QmfL/4w2p" width="1px" height="1px"]

Nie wiem czy dobrze robie…

Witam kochane! Bedzie dlugo…
Jestem z mezem w zwiazku od 6 lat. Po ponad roku zwiazku i zareczynach zapragnelismy miec dziecko. A wiec bylo tak, ze przygotowywalismy sie do slubu, staralismy o dzidziusia, a ciazy jak nie bylo tak nie bylo. Nie przejmowalismy sie tym, wiedzielismy ze cale zycie przed nami i jeszcze zdazymy zostac rodzicami.

Po ponad roku staran w koncu upragnione dwie kreseczki. Moj (wtedy przyszly) maz wydawalo sie ze oszalal ze szczescia, wszystkim sie chwalil, ciągle snul plany jak to bedzie, dotykal brzuszka.

Kiedy bylam w 5. miesiacu ciazy odbylo sie nasze wesele. I wtedy szok. Po weselu wpadl w ciag alkoholowy, pil ponad tydzien. Mialam dosc, ale dzien w dzien znajdowal wymowki, ze ten znajomy pogratulowal slubu to wypili razem za zdrowie mlodej pary, a to w pracy musial kumplom postawić…

Jak zaczal w poprawiny z moim ojcem tak skonczyl w srode za tydzien bo juz organizm ledwo dawal rade… Potem dwa tyg zero picia, i znow ciag alkoholowy, tym razem 3 dni. I takie bledne kolo trwalo i trwalo. Prosilam, plakalam, mowilam ze przegina, ze to nie jest normalne. Twierdzil, ze chce sie wyszalec przed narodzinami synka. Jednak po narodzinach wcale nie bylo lepiej, a wrecz gorzej- przeciez zaczelo się opijanie narodzin. Gdy ktos odwiedzal malenstwo, maz musial postawic za zdrowie dziecka, a jakze, przeciez to nic zlego. Powoli wysiadalam psychicznie.

Zalowalam, ze przed ciaza i slubem mialam klapki na oczach i nie widzialam, ze moj partner stopniowo popada w alkoholizm. Z tym, ze oboje bylismy typami imprezowiczow- bardzo lubilismy poimprezowac ze znajomymi co weekend. Wiadomo, byl tez alkohol. Ale sadzilam, ze dopoki nie ma dzieci, mozemy sie wyszalec. Myslalam, ze on ma identyczne podejscie jak ja (takie sprawial wrazenie).

W koncu doszlo do tego, ze po kazdym z tych ciagow alkoholowych grozilam rozwodem, ze odejde. Obiecywal wtedy, ze juz nie bedzie picia. Wytrzymywal miesiac, potem ” tylko jedno piwko kochanie wypije ok? Kiedy mowilam ze nie, nie ok, to bylo: ” oj przestan” – po czym otwierał puszke…” Zaraz: ” no co sie czepiasz, to byl jeden glupi kieliszek!” (mowil to ledwo stojac na nogach), potem znowu ciag alkoholowy, grozby rozwodem z mojej strony i tak w kolko… Ciagnelo sie to rok. O terapii nie chcial slyszec, przeciez on problemu nie ma.

Odeszlam. Mialam odejść raz na zawsze. Wrocilam po 3 miesiacach, przez ktore ani razu maz nie siegnal po alkohol. Walczyl. Wierzylam, ze najgorsze mamy za soba. On zaczal cos przebakiwac o drugim dziecku. Ja nawet nie chcialam o tym slyszec, balam sie… Jednak zycie to zycie, atykoncepcja zawiodla ( albo ja, przyznaje, tabletke nieraz zdarzylo mi sie wziac w innej godzinie niz zazwyczaj) no i jakies 7 miesiecy po powrocie do siebie zaszlam w niechciana ciążę.

Plakalam, chcialam usunac, balam sie powtorki z rozrywki. On zapewnial ze nigdy więcej. Ze do tej pory zaluje, ze tyle stracil z zycia naszego synka przez glupi alkohol… W koncu, kiedy oswoilam sie z mysla o ciazy- poronilam, w 14 tyg. Obwinialam sie o to, czulam, ze to moja wina, ze bog ukaral mnie za mysli o aborcji. Wstyd mi bylo, ze ten maluszek mogl od poczatku czuc sie niechciany. Bylam w zlym stanie psychicznym. Maz tez. Trochę znow zaczął pic, jednak po tygodniu dal sobie spokoj. Znow nie pil. Wytlumaczylam sobie to, ze to takie jednorazowe potkniecie, w koncu on tez cierpi. Zylismy dalej. A ja coraz bardziej tesknilam za utracona ciaza. Ciagle mialam przed oczami obrazki jak nasze dzieciaki bawia sie razem. Zapragnelam calym sercem drugiego maluszka.

Mąż bardzo sie ucieszyl, ze tym razem to moja swiadoma decyzja. Przysiegal dzien w dzien, ze teraz nie schrzani. Pol roku od poronienia rozpoczelismy znow starania o dzidziusia. O dziwo, tym razem udalo sie praktycznie od razu- po miesiacu bylam w ciazy.

Balismy sie, nikomu nie mowilismy o ciazy zeby nie zapeszyc. Dopoki nie bylo widac nikt nic nie wiedzial. Cieszylam sie, czekalam z niecierpliwoscia na nasze drugie szczescie a maz coz… Coraz czesciej kupowal piwko, dwa… Chyba uznal, ze juz jestem ” zaklepana” i z dwojka dzieci na pewno nie odejde. Ciagle trulam mu o terapii bo zaczal znow popijac coraz czesciej, coraz wiecej.

Plakalam, mowilam ze znow zaczyna. On uspokajal ze nie, ze tym razem panuje nad tym. Im blizej było porodu, tym wiecej mielismy stresow z synkiem, bo tym razem maz zaczal byc coraz bardziej nerwowy, coraz czesciej krzyczal na nas bez wyraznego powodu. Ostrzegalam, ze jezeli nie zacznie panowac nad nerwami to odejde, bo to juz nie chodzi tylko o mnie a o dwojke szkrabow. On nic juz z sobie z tego nie robil. Miesiac po narodzinach coreczki odeszlam. Pomieszkalam tydzien u rodzicow, przed wczoraj wynajelam malutkie skromne mieszkanko. On codziennie pisze po kilkanascie wiadomosci z blaganiem o nasz powrot. Ja mu na to, ze nie skreslam calkowicie nas, ale najpierw terapia, za pol roku czy rok moze pomysle o powrocie. Teraz niech da nam spokoj.

Dzwoni, placze, ze jest gotowy iść na terapie, tylko zebym dala szanse. Za kazdym razem odpowiadam- najpierw terapia, potem pogadamy. Mowi, ze jest gotowy nawet i dzis sie zaszyc. Abysmy tylko wrocili do niego. Szkoda mi go, ze zostal sam ale wiem, ze musze myslec tez o dzieciach, żeby nie ogladaly kolejny raz tatusia w kaluzy wymiocin…

Dzis nachodza mnie watpliwosci czy dobrze robie. Wczoraj byl nas odwiedzić. Kiedy wychodzil, tak bardzo chcialam mu powiedziec: zostan. Tak bardzo tesknilam jak tylko zamknal za soba drzwi… Nie wiem. Miotam sie. Staram sie byc twarda. Jak myslicie, moze jednak faktycznie robie zle separujac go od dzieci? Moze jezeli zrobi tą wszywke i polaczy to z dzienna terapią ( chodzi mi o taką, co by jezdzil raz czy dwa w tygodniu na spotkania a na codzien byl z nami w domu) to moze lepiej zebysmy mieszkali jednak razem? Czy jednak lepiej poczekac te kilka miesiecy, moze nawet rok i sprawdzic, ile wytrwa w tych swoich postanowieniach i dopiero wrocic?

Z jednej strony mysle, ze potrzebny mu byl taki silny wstrząs, ze tym razem nie ma przelewkow, ze sie usamodzielniam, wynajmuje mieszkanie, ze moge juz nie wrocic. Skoro sam podjął decyzje o terapii to moze faktycznie juz bedzie wiedzial, ze nie moze tak po prostu obiecywać i nie dotrzymywac slowa, bo jestem gotowa odejsc w kazdej chwili jezeli przegnie.

On zaproponowal, zebym zrezygnowala z wynajmu, a on pojdzie w tym czasie na leczenie zamkniete. Ze my odpoczniemy psychicznie, on sie wyleczy, ja nie bede bez sensu tracic pieniedzy na wynajem. Nieraz mysle, ze moze to nie taki glupi pomysl. Z drugiej strony nie do konca mu ufam, ze nie siegnie po alkohol znow za kilka miesiecy…. Kocham go. Kocham tez dzieci. Nie wiem, co robic, pomozcie…

Może ci się spodobać również:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.