Matka – być nią i zostać nią

Dwie kreski na teście i to dokładnie w urodziny męża… Nie mógł sobie wymarzyć lepszego prezentu, szaleliśmy z radości jak wariaci, od razu chciałam obdzwonić wszystkich znajomych i rodzinę ale coś mnie powstrzymało. Coś…

Następnego dnia powtórzyłam test, dwie kreski pojawiły się w kilka sekund, już wiedziałam: będę matką!!! Z radości zadzwoniłam do najlepszej przyjaciółki, cieszyła się razem ze mną. Od tej pory nie było już mnie ale… my. Ja i nasze maleństwo, w jednym ciele… Świadomość tego, że jest tam w środku moje, nasze dziecko… była niesamowita, nierealna ale jednocześnie tak cudowna. Zainstalowałam w telefonie aplikację do monitorowania postępów ciąży, codziennie rano czytaliśmy z mężem nowe wiadomości, wymyślaliśmy imiona… Tak minęły nam 3 piękne tygodnie, odkąd dowiedzieliśmy się o ciąży. Gdy wkroczyłam w 7 tydzień postanowiłam pójść do lekarza. Zadzwoniłam do mojej pani ginekolog, wróciła z urlopu, a ja zakomunikowałam jej radosną wiadomość. Umówiłam się na wizytę, nie mogłam jej doczekać, aż zobaczymy naszego maluszka na USG… Termin miałam wyznaczony na środę. W weekend przyszli do nas gości, kilkoro znajomych, rozmawialiśmy, oni pili wino, ja wymówiłam się braniem antybiotyku na infekcję. W niedzielę rano zabrakło wody do picia, a mąż niestety niemało wypił. Postanowiłam jechać do supermarketu po wodę i jakieś napoje dla mojego biedaka. Poszedł pod prysznic, a ja wsiadłam w samochód i ruszyłam. Setki razy przejeżdżałam przez to skrzyżowanie, tego dnia miało być inaczej. Nie wiem, skąd wziął się tamten rowerzysta, zauważyłam go dopiero, gdy z impetem wpadł na maskę. Jak przez mgłę pamiętam, co się później działo: policja, mój mąż, ten zakrwawiony chłopak… Złożyłam wyjaśnienia i pojechałam z Michałem do domu, u chłopaka skończyło się na szyciu łuku brwiowego, groził mi jedynie mandat. Gdy dwa dni później zobaczyłam brązowe plamy na bieliźnie, wpadłam w panikę. Już wiedziałam. Zadzwoniłam do mojej pani ginekolog, miałam przyjechać po jej dyżurze. Chwilę przed wyjściem z domu, skorzystałam z toalety. Widziałam już tylko świeżą krew… Szlochałam w ramionach Michała, czując, że i jemu łzy płyną po twarzy. I te słowa pani doktor, wpatrzonej w ekran USG: „Pani Basiu, tutaj już nic nie ma…”.

To było 15 października, dopiero później dowiedziałam się, że to Dzień Dziecka Utraconego. Małych Aniołków, które nigdy się nie urodziły lub zmarły krótko po urodzeniu. Od tej chwili i Mojego…

Minęło 5 lat, dziś mam dwójkę cudownych dzieci ale nigdy nie zapomniałam o tym pierwszym. Nazwałam bo Janek, wybrałam opuszczony grób na rodzinnym cmentarzu i co roku 15 października zapalamy z Michałem znicz dla naszego Dziecka. Miałam zaszczyt być jego Mamą przez 7 cudownych tygodni Kochałam go całym sercem i choć nigdy nie mogłam go przytulić, na zawsze pozostanie w mojej, w naszej pamięci.

Może ci się spodobać również:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.