Dzień dziecka utraconego

Jesteśmy rodzicami 3 letniego Marcela. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że chcemy dla niego rodzeństwo.. chcemy znów zostać rodzicami. Dosyć szybko się udało, zobaczyłam 2 piękne kreski. Dla pewności zrobiłam jeszcze 2 testy. Są, dwie tłuste wyczekane kreseczki. Ścisk żołądka ale wielka radość, to właśnie wtedy czułam.

Szybko ogarnęłam ozdobne pudełko, do środka włożyłam test i podarowałam prezencik mężowi. Był zaskoczony, że to już ale też się ucieszył. Mijały dni, wizyta u ginekologa umówiona a my powoli układaliśmy sobie w głowach jak to będzie. Gdzieś w środku już „rozmawiałam” z naszym małym Groszkiem.

Nadszedł dzień wizyty, już objawy ciąży dawały mi się we znaki. Lekarz potwierdził ciążę, serduszko bije, wyznaczył wstępny termin porodu. Uff, ulga. Jest dobrze, będzie pięknie! Postanowiliśmy powiedzieć naszemu pierworodnemu, że mama musi się troszkę oszczędzać bo w brzuszku jest maleńki Groszek – Dzidziuś.

Mijały kolejne dni, tygodnie a my coraz bardziej przyzwyczajaliśmy się, że w naszym życiu nastąpią nie małe zmiany! Jak to kobieta, już myślałam po cichutku gdzie mam ubranka po młodym, wózek itp. Mąż po każdym powrocie z pracy witał się z naszym synkiem, ze mną i naszym Groszkiem, tak bardzo mnie to rozczulało! Nawet na walentynki wszyscy dostaliśmy prezent, Groszek maleńkie skarpetki, schowałam je głęboko :).

Kolejna wizyta, młody odstawiony do babci. Czekam w poczekalni na swoją kolej. Same ciężarne kobiety i różnej wielkości brzuszki. W końcu moja kolej, huh. Ciśnienie, waga, wywiad, usg. I cisza.. lekarz, długo przygląda się ekranowi, sprawdza. I jeszcze raz. Zaczęłam się denerwować, dosłownie słyszę jak mocno bije moje serce.

W końcu się odezwał.. ” niestety, serduszko dziecka nie bije, rozwój płodu zatrzymał jakieś 2 tygodnie temu. Konieczny będzie zabieg łyżeczkowania”. Moja pierwsza myśl… ” Ja pierdole, nie wierzę, nie. To nie możliwe. To nie mogło się nam przytrafić” . Ja nie płakałam, ja wręcz ryczałam, wyłam. Słyszałam tylko część tego co lekarz do mnie mówił. Coś w stylu.. to się zdarza.. Proszę koniecznie jutro rano stawić się w szpitalu.

Wyszłam stamtąd zalana łzami, nie zważając na to czy ktoś na mnie patrzy… Na to, że na korytarzu mijam ciężarne kobiety. Na parkingu czekał mąż, nie świadomy tego, co mam mu do powiedzenia.. przełykając łzy powiedziałam mu co właśnie usłyszałam. Łzy w oczach, cisza…niedowierzanie. Jedziemy do domu, łzy płyną mi strumieniami. Nie wiem co się stało.

Milion myśli, jak to możliwe. Co zrobiłam źle… Dlaczego my ? KURWA! Tak bardzo chcieliśmy, cieszyliśmy się. Od początku o siebie dbałam, witamy, kwas foliowy, odstawiona kawa. W domu pusto, młody u dziadków, mogliśmy sobie pozwolić na te emocje, które w nas siedziały. Płakaliśmy oboje. Serce mi pękło na milion kawałków. Czułam się winna, wściekła, bezradna, załamana…

Spakowałam się do szpitala, rano miałam wstawić się na izbę przyjęć. Nie wiedziałam co mnie czeka, ale dotarło do mnie, że pod moim sercem jest nasz Groszek, nie żyje… Jutro już go tam nie będzie. Ostatnia noc z naszym maleństwem… Na zawsze zapamiętam, jak w nocy leżeliśmy z mężem w łóżku i głaskaliśmy mój brzuch.. nasze maleństwo. Ostatni raz. To koniec. Nie żyje, nie żyje, nie żyje. Boże, dlaczego nas to spotkało?!

7 rano izba przyjęć. Przed gabinetem, gdzie przyjmuje ginekolog same ciężarne, planowe CC itp. Przełykam łzy, P. trzyma mnie mocno za rękę. W gabinecie badanie, lekarz potwierdza wczorajsze słowa mojego ginekologa. A wtedy jakbym dostała w twarz… ” Co pani płacze? Ma pani dziecko, jeszcze sobie pani zrobi kolejne, spokojnie „. No ja pierdolę.. tylko pomyślałam, nie odezwałam się.

Przyjęta na oddział, kolejne badanie USG. Trzeba poczekać, jest kolejka… Czekam. Czekają ze mną inne kobiety, głaszczą się po pokaźnych rozmiarów brzuszkach. Kolejny cios, łzy… Lekarz widzi, że odeszłam na bok i płaczę. Przyjął mnie poza kolejką. Zakwalifikowana do zabiegu wróciłam na moją salę. O 10 zaczęły się zabiegi. Same starsze panie na różnego rodzaju zabiegi ginekologiczne, moja kolej. Lekarz podstawia dokumenty, pyta o to co zrobić z płodem po zabiegu. Fotel, pasy, koszula w górę, zastrzyk.

Obudziłam się na sali. Dotarło do mnie, że już po wszystkim. Czułam pustkę, żal, ból. Mąż czekał pod salą. Napisałam tylko smsa, że już po. Może wracać do domu, musi w końcu odebrać młodego, który został u dziadków.

Łzy mimowolnie płynęły, ścisk żołądka, uczucie chłodu, drgawki, krwawienie. To już koniec.
Nie mogłam spać. Wieczór w szpitalu , ta cisza już o 20 była dobijająca. Słychać było tylko kroki na korytarzu, pielęgniarkę, która po kolei mierzyła pacjentkom temperaturę. Godzina 22 wszyscy śpią.. ja nie mogę. Zimno mi, czuję tylko ciepło moich łez na policzkach. Słyszę odgłosy z sali porodowej.. płacz noworodka. Kolejny raz serce pęka mi na milion kawałków. Ryczę w poduszkę, krzyczę bez głosu…. Chce stąd uciec. Tak bardzo potrzebuję przytulić się do męża i synka.

Rano jeszcze wszyscy śpią, tylko pielęgniarka budzi ciężarne z sali obok na ktg… Słyszę serduszko czyjegoś Groszka.. znów to samo, moje rozwalone serce kolejny raz rozwala się jeszcze bardziej. Czekam na obchód i wychodzę, nie spędzę tu ani chwili dłużej. Wróciłam do domu. Do męża i synka. Wróciła tylko jakaś część mnie.

Niech mi ktoś powie „to jeszcze nie było dziecko, Ciesz się, że nie poczułaś jeszcze ruchów,  Takie rzeczy się zdarzają.” To przysięgam kurwa, że uduszę gołymi rękami. To było nasze dziecko, nasz Groszek, którego pokochaliśmy od pierwszej chwili, gdy dowiedziałam się o Jego istnieniu. Zostało mi tylko zdjęcie usg, pozytywne testy i skarpetki..

Może ci się spodobać również:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.