Domowe więzienie.

JEDEN W sumie to nie wiem, jak zacząć… najlepiej od początku. Ten rok nie należy do najłatwiejszych. Składają się na to różne czynniki, o których nie chcę teraz pisać. Moje kłopoty zaczęły się tak naprawdę nie wiem kiedy – to nie było coś z dnia na dzień, jak za pstryknięciem palców, to raczej powolny proces, który doprowadził do tego, że czuję się… no, jak się czuję. Z pozoru wszystko jest ok – ktoś patrzący z boku powiedziałby, że jest ok. Stateczna mężatka z ponad 5-letnim stażem, obok mąż, całkiem spoko równy gość i normalna rodzina – zarówno od jej, jak i jego strony. Jednak diabeł tkwi w szczegółach. I nie, nie mam kłopotów małżeńskich, w naszych rodzinach też jest ok. Można by powiedzieć, że kłopot jest we mnie samej, albo inaczej – z niedostosowaniem mojej osoby do wymogów jakie stawia przede mną społeczeństwo. Jedyny kłopot z bliskimi jest taki, że nikt Cię nie rozumie i nie próbuje zrozumieć. Zawsze Cię poklepują po ramieniu i mówią – nie jest tak źle, dasz sobie radę. No super, tylko ja nie daję sobie rady. Nie mam tak naprawdę z kim o tym porozmawiać. Jak gadam z przyjaciółką, to zaczyna się wyliczanka, która ma więcej problemów. A ja bym chciała, żeby się zamknęła i posłuchała, co mam do powiedzenia. Czyli nie ma osoby, która tak naprawdę przejęłaby się moim stanem. Uprzedzam pytania – kozetka u psychologa odpada. Jest sierpień, zaraz czeka mnie 2-tygodniowy urlop, więc wszyscy moje „humory” biorą za przemęczenie. To swoją drogą. Choć sama się sobie dziwię, bo w czerwcu miałam tygodniowy urlop, więc nie powinnam być skrajnie wyczerpana, a tak się czuję. Jestem w takim stanie, że wszystko mnie irytuje i wyprowadza z równowagi, czy to w domu, czy to w pracy. W pracy oczywiście muszę się hamować, bo jakieś normy jednak obowiązują. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, mąż jak na złość się przystawia, żeby mnie pocieszyć w oczywisty żartobliwy i specyficzny dla siebie sposób. A ja mam ochotę go wyrzucić przez okno (mieszkam na 7 piętrze). Jedyne co mnie resetuje choćby w minimalny sposób, to siedzenie samotne w chałupie. Nie muszę z nikim gadać, nikogo nie widzę, puszczę sobie coś na TV, jakieś głupoty i patrzę w okienko, zapominając choć na chwilę o swoich emocjach. Jestem mocno zestresowana, nie ukrywam tego. Szef, jak poszedł na urlop, to myślałam, ze będę miała odpoczynek, a tu taka niespodzianka, że było dokładnie odwrotnie i ledwo ogarnęłam tematy. Po czym wrócił i jeszcze na kupkę spraw niezałatwionych dorzucił cały tabun roboty. Straciłam pewność siebie, mam znowu (po okresie zakompleksionej nastolatki) zaniżoną samoocenę. Przez stres jem i to nie sałatę, tylko „chemię” i słodycze, a przez to tyję. I to jak na złość od pasa w dół – najgorszy jest brzuch. Nie mogę na to patrzeć. Sama myśl o wyjściu choćby na spacer, o bardziej ambitnych rzeczach typu basen czy squash nie wspominając, paraliżuje mnie. Nie mam ochoty kompletnie na nic. Patrzę na mieszkanie i nie mam ochoty na sprzątanie (o wiele bardziej niż zwykle). Nie chce mi się naprawdę kompletnie nic. Poza płaczem. Już drugi dzień z rzędu popłakuję. Rozżalam się. Mój mąż tego nie cierpi i się wkurza. Kłócimy się o bzdury. A wystarczyłoby, żeby dał mi spokój. To nie, najpierw karczemna awantura, a potem mogę chwilę posiedzieć w samotności i np. napisać ten tekst. Nie jestem desperatką, nie po to to piszę. Nie chcę znaleźć lekarstwa na tą sytuację, potrzebuję spowiednika, choćby w formie pliku w Wordzie. Śmieją się ludzie w memach, żeby rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Do cholery, to nie jest zła myśl. Tylko pytanie czy taka ucieczka coś da? Nie takie problemy, to będą inne. Od jakiegoś miesiąca zadaję sobie pytanie, co mam zrobić? Ach, zapomniałam jeszcze o nerwicowej sraczce. Dokładnie tak, napiszę jeszcze raz – mam sraczkę z nerwów i to nie jest przenośnia. Co najmniej 3 razy dziennie i najczęściej jest to w robocie, jestem w kiblu. Choćbym jadła kleik ryżowy i Smectę piła litrami, to nic nie pomoże. Lata mi wszystko po brzuchu. Gdzie się zaczęły moje problemy? Wraz z awansem w październiku zeszłego roku? Wraz z kłopotami mojej siostry, przez które wylądowała u psychologa? Wraz ze śmiercią bardzo bliskiej mi osoby – dziadka, który stanowił namiastkę ojca, bo mój nigdy nie umiał okazywać uczuć? Czy głównym niezmiennie problemem jest to, że nie mogę mieć dzieci? I choć jestem pod opieką lekarza, to nie ma widoków na przyszłość? Czy to kumulacja wszystkiego powoduje, że przestaję ogarniać swoje życie i zamknęłabym się najchętniej w 4 kątach? Chciałabym czuć się szczęśliwa. Cieszyć się z tego, co mam. Mam na pewno lepiej niż wielu ludzi w Polsce i na świecie, ale mnie to nie pociesza. Nie da się budować swojego szczęścia na porównywaniu się do innych. Wydawałoby się, ze mam wszystko i nie powinnam narzekać, a cały czas siedzi we mnie głęboko smutek, którego nie umiem już wykorzenić. Staram się znaleźć przyczynę i nie okazywać negatywnych uczuć przy innych, bo to nic nie daje, próbowałam. Nie nazwałabym tego depresją, bo wiem jak wygląda. To taki rodzaj, nie wiem, melancholii? Tęsknotą za czymś bliżej nieokreślonym? Bo nie wiem, co uczyniłoby mnie szczęśliwą, ale tak naprawdę. Na dłużej, nie takie ochy i achy na chwilę. Może rzeczywiście potrzebuję jakiegoś resetu w „dziczy”, z dala od wszystkiego, jakiś turnus dla skołatanych nerwów? Mam ponad 30 lat i nadal nie jestem pewna, co chciałabym tak naprawdę robić i czego tak naprawdę od życia oczekuję. No i masz Ci los. Znowu płaczę. Znowu się czepia o bzdury. Nie mam już siły. Nawet nie o niego chodzi. Chociaż w sumie o niego. Nie rozumie, że mam gorszy czas. Że się źle czuję. Że potrzebuję spokoju. Nic nie rozumie. Nie bez powodu mówi się, ze kobiety są z Wenus, a faceci z Marsa. To jest inny gatunek. Mam ochotę wyjechać sama daleko stąd i nie wracać. Z drugiej strony kocham swoją rodzinę. Między młotem a kowadłem. Tak się czuję. Na rozdrożu i nie wiem co mam dalej robić, więc stoję w miejscu. Teraz to nawet nie mam już ochoty pisać. Pewnie zwinę się w kłębek i cytując mojego męża – będę się nad sobą użalać. Już nawet nie mam siły na złość, już mi przeszło. Wezmę sobie tylko jakąś chusteczkę do nosa. Moje jedyne pragnienie na teraz – cisza i spokój. DWA Od pierwszego „rozdziału” minął rok, nawet ciut więcej. Co się działo w moim życiu w tym czasie? Wszystko. Naprawdę. Poczucie beznadziei tylko się nasilało. Jak pisałam poprzedni tekst, byłam pewna, że moja samoocena oglądała już dno od spodu. Ach, jakże się myliłam! W październiku pojawiła się osoba z USA, która miała ogarniać firmę, w której pracowałam. Kto spostrzegawczy – tak, już tam nie pracuję. Ale do rzeczy. Moim zdaniem jedyne prawdziwe zdanie, jakie powiedział do zespołu to: „Przyjechałem do Polski, żeby zamknąć tą firmę”. Wykończył wszystkich psychicznie, nienormalny facet. Idealnie dopiekał każdemu, ocierając się o ustawową definicję mobbingu i gnębiąc ile wlezie, ale tak, żeby ewentualna sprawa w sądzie w razie czego była wygrana przez niego. Planowany był nawet pozew zbiorowy (chyba nic z tego nie wyszło) i generalnie odchodziły „grube akcje”. O samej sytuacji w pracy mogłabym napisać trylogię i biorąc pod uwagę, że Sienkiewicz już trąci myszką, to myślę, że trylogia o korpo sprzedałaby się jak świeże bułeczki. W październiku odszedł mój szef, wcześniej dyrektor działu. Ja złożyłam wypowiedzenie w grudniu i mnie jako jedynej marokański Amerykanin nie chciał wcześniej wypuścić. Psychika siadała dalej. Zaczęłam wyć, kiwać się, jak w chorobie sierocej. Nie byłam w stanie samodzielnie wstać z łóżka. Jedno się nie zmieniło – nadal nikt mnie nie rozumiał. Moja mama zapytała: „A nie mogłabyś zacisnąć zębów i jeszcze tam trochę popracować?”. Prędzej bym się powiesiła… Prawie co noc śniło mi się, że wychodzę na balkon i rzucam się z 7 piętra. Budziłam się z przerażeniem, że naprawdę to robię. Odeszłam zatem po 3 miesiącach – w marcu – ta informacja jest istotna, bo 2020 rok kopnął w dupę całe społeczeństwo, ale o tym później. Po 1,5 miesiąca codziennej dwubiegunówki nowego szefa, wybrałam się do psychiatry. To był szczyt szczytów, było mi już wszystko. Waga też poszybowała – na 3-cyfrową przed przecinkiem. Generalnie – odechciało mi się wszystkiego. Diagnoza: nerwica. Dostałam zwolnienie lekarskie – w sumie 1,5 miesiąca i leki, które miały zacząć działać po miesiącu. Siedziałam zatem w domu i starałam się bez pomocy (piwa) zasypiać. Przez pierwszy miesiąc spałam po 12 godzin. Nie robiłam nic, naprawdę nic. Jedyny moment, kiedy z wielkim trudem musiałam zacząć wyglądać, jak człowiek, to czwartkowy dyżur w spółdzielni, gdzie w lutym zostałam wybrana na prezesa. To poniekąd trochę ratowało moją psychikę i zmuszało do odzywania się do ludzi. A teraz marzec – przyszła do nas z Chin pandemia koronawirusa. Problem z zakupieniem czegokolwiek przez obostrzenia, wszędzie maseczki, rękawiczki i płyny do dezynfekcji, które ciężko było gdziekolwiek zdobyć. Ludzie wyrywający sobie z rąk papier toaletowy. Koszmar. Pracodawcy zawiesili wszystkie rekrutacje. Nie mogłam znaleźć pracy. W sumie przez 3 miesiące po rozpoczęciu bezrobocia siedziałam w domu. Bez wartości, byłam pewna, że do niczego się nie nadaję. Dziś mamy 25.08, można powiedzieć, że wyszłam z impasu. Leczenie i odpoczynek pomogły, ale udana rekrutacja i znalezienie pracy przeważyły szalę na dobrą stronę mocy. Wczoraj dostałam gwarancję przedłużenia umowy po okresie próbnym. Lepiej śpię, nie boję się już tak ludzi, z samooceną jest lepiej, mam odwagę wypowiedzieć swoją opinię. Jeszcze coś zrobię z wagą, może, zobaczymy. Kończę leczenie – zostało wyjście 2×14 dni. Nie miałam urlopu, tylko brak pracy i siedzenie w domu. 4 dni w Bieszczadach w czerwcu to mój cały odpoczynek od codzienności. Boję się drugiej fali koronawirusa. Nie chcę powrotu do obostrzeń, nie chcę domowego więzienia. To nie jest, nie był i nie będzie dobry rok na planowanie. Teraz marzy mi się normalność.

Może ci się spodobać również:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.