Czy ja naprawdę nie zasługuję na szczęśliwą rodzinę

Czy to we mnie tkwi problem? Jestem z patologicznej rodziny, zawsze w domu były awantury pijący ojciec, matka, która zmieniała kochanków jak rękawiczki, mnie i siostrę, które stając w obronie matki, były bite. Odkąd pamiętam zawsze byłam ta najgorsza. W domu, w szkole, w oczach kolegów. Jednym słowem popychadło. Gdy miałam 12 lat moja siostra wyszła za mąż. Po jej ślubie matka często mnie do niej wysyłała. Pod pretekstem wakacji, ferii itd. Bo w domu nigdzie nie jeździliśmy.

Kiedy u nich byłam mój szwagier na każdy możliwy sposób brał mnie ze sobą wszędzie gdzie tylko mógł pod pretekstem pokaże jej to, pomoże mi itd. Na początku tylko się do mnie dobierał, nie wiedziałam co robić więc siedziałam cicho, bo on tak mi kazał. I tak było przez 3 lata. Później było tylko gorzej. Namówił moją siostrę do trójkąta. Jakiś czas po tej zabawie, zaczął mnie gwałcić. Czuł się bezkarny, a ja bezradna. Milczałam.

Któregoś dnia powiedziałam, że mam dość i powiem wszystkim co mi robi. Wtedy mnie pobił i zgwałcił ostatni raz. Moje pobicie wytłumaczył tym, że to moja wina, bo komuś napyskowałam, a on nie mógł mi pomóc. Przestałam do nich jeździć. Bo ojciec myślał, że w dup…. mi sie poprzewracało od tych wyjazdów, że to co mnie spotkało to tylko i wyłącznie moja wina.

Gdy nie miałam okresu (mój pierwszy okres w wieku 12 lat) powiedziałam matce o wszystkim. Dostałam od niej w twarz, bo sama się kur…. a zwalam na bogu ducha winnego szwagra. Okazało się, że jestem w ciąży. Matka długo to ukrywała bo się bała ojca. Ja zresztą też. W 6 miesiącu ciąża wyszła na jaw. Mieliśmy od razu kuratora, niebieską kartę. Za wszystko byłam winna ja. Mój szwagier tylko przyjeżdżał i mi się odgrażał żebym trzymała gębę na kłódkę, bo mnie zabije. Robił to kiedy byliśmy sami.

Rodzice zwalili ciąże na „chłopaka” z którym się wtedy spotykałam. Nic nie zrobili w tej sprawie. Gdy urodziłam moje dziecko miało trafić do domu dziecka, wtedy dostałam wybór. Albo idę z nim, albo zostaje w domu. Poszłam za dzieckiem. W ośrodku byłam rok i 7 msc. Przed 18 urodzinami musiałam się określić czy wychodzę z ośrodka czy zostaje. Chciałam wyjść. Długi czas mnie okłamywano, że nie mogę wyjść z dzieckiem. Moja matka stanęła na uszach i wyjaśniła sytuację, że to są tylko kłamstwa. Mogę jak najbardziej opuścić ośrodek z dzieckiem.

Nie miałam się gdzie podziać, więc wróciłam do matki i jej nowego partnera. Myślałam, że mnie wzięła bo mnie kocha. Okazało się, że zrobiła to dla pieniędzy. Mieszkając u nich oddawałam wszystkie pieniądze jakie tylko miałam, od wypłaty aż po zasiłki. Gdy w pracy, koleżanki powiedziały, że nie powinnam oddawać jej wszystkiego, tylko się dokładać skoro mieszkam u nich. To zaczęłam się stawiać w domu i dokładać, a nie oddawać wszystko.

Mojej matce to było nie na rękę bo jak tak mogę. Wtedy były awantury, straszenie, że mnie wyrzuci, zabierze mi dziecko, wyzwiska, bicie. Wtedy popłynęłam. Nie miałam ochoty wracać do domu. Po pracy jeździłam pić. Do domu wracałam zaprowadzić dziecko do przedszkola, ogarnąć się i do pracy. Trwało to dwa miesiące. Koleżanki z pracy kazały mi się ogarnąć. Zaszyć i stanąć na nogi. Pomogły mi wtedy, bo sama nie dałabym sobie rady.

Pozbierałam się. W domu dalej było to samo. Znosiłam to dwa lata. W końcu poznałam jego. Od matki się odcięłam i po 3 miesiącach zamieszkaliśmy razem. Na początku było bajecznie. Wszystko się skończyło gdy zaszłam w ciążę. Niby chciał tego dziecka. Ale strasznie się zmienił. Zaczął pić zdradzać mnie, okłamywać.

Po dwóch latach znowu zaszłam z nim w ciążę. Wtedy wszystko się posypało. Były awantury, picie, narkotyki, zdrady. Znosiłam to, bo chciałam mieć rodzinę. Po czterech latach mnie zostawił. Pojechał za pracą za granicę, a tydzień później wysłał wiadomość, że to koniec. Przyjechał dwa tygodnie później. Pomógł mi się przeprowadzić, ustalił, że z dobrej woli będzie płacić na dzieci. Że będzie przyjeżdżał, pomagał nam, będzie widywał się z dziećmi.

Chciał chorego układu na zasadzie, przyjeżdżam do was, udajemy rodzinę, ale każdy żyje swoim życiem. Nie zgodziłam się. Były awantury, strasznie, że dzieci mi zabierze, wtedy jego matka wkroczyła, że co ja wyprawiam, jak tak mogę. Znowu moja wina.

Jakiś czas później poznałam kogoś, kto wydawał się być człowiekiem na poziomie, poukładanym, trzeźwo myślącym. Długo się spotykaliśmy. Przyjeżdżał do nas, starał się, był kochany. Zależało mu na nas, a nam na nim. Nie chciałam wtedy dziecka, on tak. Żeby nie zajść znowu w ciążę, zaczęłam robić badania w kierunku antykoncepcji. Miała to być tajemnica przed nim. Nie chciałam go zranić tym, że nie chce jeszcze dziecka, na którym tak mu zależy.

Po morzu rozmów na ten temat, zmiękłam. Zaszłam w ciążę. I wtedy zaczęło się psuć. On się odsuną od nas. Rozmowy nie były już takie same. Spotkania też. Naciskał na mieszkanie razem. Zgodziłam się, bo nie miałam na kogo liczyć, mieszkając w swojej miejscowości. Po przeprowadzce on zaczął pić. Były awantury, wyzwiska. Znosiłam to, bo myślałam, że ma kryzys.

Po porodzie uspokoił się na chwilę z piciem, ale w naszym życiu zawitała jego była dziewczyna. Non stop o niej mówił, myślał. Kiedy miałam dość słuchania o niej i powiedziałam to zaczęły się awantury. Że to ja stwarzam problemy, że to wszystko wina mojej chorej głowy i to moja wina, że się kłócimy.

W sylwestra znowu się napił, w nowy rok była awantura. Wezwałam policje. Miałam dość, wypisywania i wyzywania mnie. Mieszania z błotem i wyciągania moich przykrych przeżyć przeciwko mnie przez całą noc. Gdy wytrzeźwiał wrócił do domu z kwiatami. Przeprosił tekstem „za dużo sobie powiedzieliśmy”. On chciał to pozamiatać pod dywan, ja nie potrafiłam. Żyłam tym wszystkim. To mnie zżerało od środka.

Chwilę się starał, ale jak poczuł się pewnie to znowu były awantury. Nakryłam go na przeglądaniu stron matrymonialnych i towarzyskich. Czytał artykuły jak mi odebrać dziecko. Pękło mi serce. Teraz non stop się kłócimy. Gdy ja mówię co mnie boli, co mi przeszkadza, on mnie nie słucha. Próbuję mi to w uwić ale widzę po jego zachowaniu, że tak nie jest. Zaraz się denerwuje. I znowu się kłócimy.

Cały czas twierdzi że powinnam iść do psychiatry, bo to ja stwarzam problemy. Ja chce żeby mnie słuchał, żeby mnie kochał, był w tym domu i się udział. A nie tylko zarabiał kasę i dziękuję do widzenia. W jego oczach jestem ta najgorsza, na niczym się nie znam. Kiedy coś się zesr…. to moja wina. Jeżeli chodzi o dzieci też wszystko źle robię. Jak się buntuje i stawiam na swoim to wtedy znowu jest awantura.

Teraz nie panuje nad sowimi nerwami w ogóle. Gdy tylko zaczynami się sprzeczać i słyszę, że to ja stwarzam problem, że to moja wina, od razu płaczę i zaczynam krzyczeć. Mam dość. Co jest ze mną nie tak? Czy ja naprawdę jestem aż taka nieudolna? Czy ja faktycznie nie powinnam mieć dzieci, a tym bardziej rodziny??

Może ci się spodobać również:
1 komentarz
  1. Aneta pisze:

    To nie bedzie pocisk, zebys tak tego nie odebrala czasem. Tak, juz po sytuacji z gwaltem, pierwsza ciaza, zlymi orzykladami jak wygladaja relacje w domu powinnas być na terapii. Przez to szukalas na sile kogos kto cie bedzie kochac. Sama mowilas ze wiele znosilas bo chcialas utrzymac rodzine. Tak sie nie da, jesli sama dla siebie nie masz szacunku to inni go tez nie beda go miec. Byc moze jest jakis problem w relacji jak kto widzi siebie i druga osobe w rodzinie, jakie ma mac obowiazki itd. Prawdopodobnie parlas do tego zeby kolejni faceci byli dla twoich dzieci i waszych wspolnych takim ojcem jakiego sama nie mialas, chcac byc moze za duzo na raz, byc moze za bardzo idealizowalas w glowie jak to powinno wygladac, moze mezczyzn to przerastalo, frustrowalo, nie wiadomo. To nie jest ze to twoja wina i ty taka chcesz byc, to jest tylko i wylacznie wina tego co przezylas. Udaj sie na terapie, tak sama dla siebie, pokochaj siebie, wysluchaj terapeute, popracuj nad relacjami, bedzie dobrze.

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.