Boję się, że nigdy nie usłyszę słowa “mamo”…

Poznałam męża w styczniu 2016 roku. Od razu zaiskrzyło między nami. Rozmawialiśmy godzinami. Oboje byliśmy po przejściach. Opowiadaliśmy o swoim dotychczasowym życiu. On już był po rozwodzie. Z inną kobietą ma syna. Ja byłam bezdzietną panną.

Szybko zamieszkaliśmy razem w jego domu. Po 1,5 roku wzięliśmy ślub. Ze wspólnych środków remontowaliśmy jego dom. Od zawsze wiedział, że chcę mieć dziecko z nim. Nie udawało się miesiącami. Zaczęłam chodzić do ginekologa.

On zrobił badania nasienia i okazało się że u niego jest problem z jakością nasienia. Zaledwie 1% prawidłowych plemników. Chwilę się starał. Brał leki. Ale po niektórych źle się czuł. To je odstawił. Po 3 miesiącach miał robić badania kontrolne. Nie zrobił… Prosiłam, płakałam, błagałam, krzyczałam i groziłam żeby zrobił kolejne badania. Gdy po roku poszedł zrobić badania okazało się że tym razem jest 2% prawidłowych plemników, a minimum do zapłodnienia jest potrzebne 4%.

Mój lekarz powiedział, że nie może ze mną zacząć pracować do czasu aż u niego nie będą wyniki prawidłowe. Za każdym razem jak o tym wspominałam mu to on zamykał się w sobie. Mówił, że chce mieć ze mną dziecko. Ale nic nie robił w tym kierunku. Nie interesował się tematem. Wolał to przemilczeć. Tak jakby zamiatał problem pod dywan.

A mnie z każdym miesiącem coraz bardziej rozdzierała niemoc. Każda kolejna miesiączka była dla mnie ogromnym ciosem. Dodatkowo dobijają mnie spotkania z jego synem. Młody wiecznie do niego mówi tato, tato.. tato. A mnie z każdym tym słowem rozdziera na małe kawałeczki. Nieraz w kłótniach mu wykrzyczałam, że boję się tego, że do mnie moje dziecko nigdy nie powie mamo. Że bardzo tego pragnę… Do tego coraz częściej przyłapywałam go na tym jak palił papierosy. Obiecywał, że to ostatni raz, że już nie będzie palić.. po czym znowu palił i okłamywał prosto w oczy, że nie pali.. przykro mi bardzo. Bo bardzo wiele dla niego robiłam.

Nigdy mu niczego nie brakowało. Zawsze wyprane, ugotowane, posprzątane, a i w łóżku nam się układało. Tylko upragnionej ciąży brak… Ja mu mówiłam otwarcie o tym, co czuje, co chciałabym żeby się zmieniło, a on wiecznie milczy. Wczoraj wrócił z pracy i jakby nigdy nic przytula się, mówi kochanie itp.. a ja tak nie mogę, nie mogę kolejny raz udawać, że wszystko jest idealnie, że nic się nie stało… On kolejny raz próbuje zamieść problem pod dywan.

Ja mam już 36 lat, nie mam dzieci, mieszkam u niego. On mnie nie potrafi zrozumieć i postawić się w mojej sytuacji. Czuję, że mój czas na to by zostać matką za niedługo się skończy. Czuję, że zmarnuje swoją szansę na macierzyństwo. On zachowuje się tak, jakby to go w ogóle nie obchodziło. Potrafimy mieszkać pod jednym dachem i przez kilka dni ze sobą nie rozmawiać.

Jest mi bardzo źle, bo czuję że ponad 5 lat mojego życia zostało zmarnowane. Bardzo dużo zainwestowałam w ten związek i w jego dom. Nie potrafię ot tak sobie to wszystko zostawić i odejść… Kocham go bardzo, planowałam z nim swoje życie… Przez cały ten czas nigdzie nie wyjeżdżaliśmy na wakacje. Bo szkoda pieniędzy, bo trzeba zrobić elewacje, bo trzeba wymienić okna, bo wiecznie coś do zrobienia było w domu.

A ja się na to godziłam, bo bardzo pragnęłam, żeby nam się dobrze żyło. Ale wreszcie pekłam. Powiedziałam mu, że mam dość, zagroziłam, że pójdę do adwokata. Że nie chce już z nim żyć z taki sposób. Że nie chcę wszystkich oszczędności pakować w dom, który będzie kiedyś w przyszłości dla jego syna. Wolałabym za te pieniądze spełniać siebie. Wyjechać gdzieś, odpocząć, zobaczyć inne kraje z inne kultury. A tymczasem tkwię w tym wszystkim dalej.

Mam już dosyć. Co zrobić dalej? Jak walczyć o swoje szczęście nie zatracając w tym wszystkim siebie?

Może ci się spodobać również:

Napisz komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.